W piątek przeżyłam prawdziwe chwile grozy. Nie spodziewałam się, że okolica Chutor Gorajec bywa taka niebezpieczna.
Przyjechałam wieczorem. Zwyczajowo, zaraz po przyjeździe, udaję się "na pole", jak to się tu na Podkarpaciu mówi. Ale ja serio chodzę na pole, zobaczyć, co się od mojego ostatniego pobytu zmieniło. I pod względem przyrodniczym i tym infrastrukturalnym. Np. podczas jednego z ostatnich razów odkryłam, że wybetonowano taką fajną polna dróżkę... No, cóż, kto bogatemu zabroni.
Ale do brzegu. Wyszłam na szlak, który tradycyjnie pokonuję. Ma on dwie wersje - krótszą, raczej rekreacyjną i jak jest mało czasu i dłuższą, taką bardziej terapeutyczną, jak trzeba rozchodzić jakieś poważniejsze tematy.
Droga wiedzie wzdłuż linii lasu, z jednej strony drzewa, z drugiej - pola uprawne, otoczone siatką. Te siatki nieco szpecą krajobraz, ale podobno bez tego, to zwierzyna straszne szkody rolnictwu czyni.
Zapadał zmrok, więc od początku oczywiste było, że krótsza trasa i powrót do Chutoru. Tym bardziej, że ostatnio mój i tak słaby wzrok, znacznie się pogorszył. A i trudniejszych spraw do rozchodzenia zdaje się nie ma.
A może, to tylko pozory?
Bo w trakcie marszu przyszła mi do głowy taka niespodziewana myśl, że może jednak? W tą dłuższą dróżkę.
"Nie, no co ty! Trochę strach."
"Ale przed czym?"
"Ciemny las, niepokojące dźwięki, już prawie ciemno, a ty słabo widzisz."
"A daj już spokój, jest ciemno, to nie widzisz. Logiczne. Kotem nie jesteś, żeby w ciemnościach widzieć. Będzie fajnie."
"Będzie strasznie."
"Gadanie! Trzeba wychodzić ze strefy komfortu. Zobaczysz, nie pożałujesz nowego doświadczenia!"
Tak więc rozum mówi "skręć w lewo, skręć w lewo", a ciało - "a dawaj naprzód!"
I nim się dobrze zastanowiłam, nad istotą toczącego się wewnętrznego dialogu, to już byłam na drodze, ku przygodzie.
Ruszam w ten zielony tunel, którego koloru w tych ciemnościach i tak nie widzę. Ale to tylko kilka metrów takich, gdzie drzewa gęsto otaczają dróżkę z obu stron. Jeszcze kilkanaście metrów i znów las jest tylko po jednej stronie.
Wypadam na otwartą przestrzeń z nieukrywaną ulgą i wtedy pada pierwszy strzał, co z euforii mnie wybija. Wprawdzie ledwo słyszalny, bo gdzieś z oddali. Ale automatycznie mnie elektryzuje: kurwa mać, a jak tu są myśliwi?! Tyle się o tym teraz mówi w radiu i telewizji, że potrafią zastrzelić niemal na własnym podwórku, tłumacząc później, że do dzika mierzyli. A co dopiero na skraju lasu, gdzie zapewne strzelają do wszystkiego, co się rusza.
Przypominam sobie, że tu nieopodal jest przecież ambona. Mijałam ja wielokrotnie. Wprawdzie żywego myśliwego nie spotkałam, ale widok z niej na dróżkę, którą podążam, jest doskonały. Jak by nie patrzeć, odległość jest znaczna i prawie noc, wiec pomylenie człowieka z dzikiem nie powinno nastręczać zbytnich trudności.
Ale uciszam te niepokojące myśli. "Dobra, dobra, myśliwi tutaj i to akurat dziś. Dopiero przyznałaś, że tu nigdy w życiu myśliwego nie widziałaś."
Ale ambona jest. To piątkowy wieczór. Może tak dla relaksu ktoś ma ochotę, na małe co nieco z dzika...
Słyszę ponowny odgłos wystrzału z oddali.
W pamięci przelatują mi wszystkie zasłyszane historie o myśliwskich pomyłkach ostatnich lat. Czy ktoś się przejmował? Dzik czy człowiek, człowiek czy dzik? Dla martwego to i tak wszystko jedno. A myśliwy żywy.
Może zawrócić? Kłóci się to nieco z moją zasadą, że zawsze tylko do przodu. I przypominam sobie, że z drugiej strony też jest ambona. Noż jasna cholera! Żeby we własnym kraju, w czasie pokoju, człowiek nie mógł się czuć bezpieczny! I to we wsi zamieszkałej przez niespełna 40 mieszkańców!
Znikąd nadziei. Z braku pomysłu na inne rozwiązanie idę dalej, z duszą na ramieniu.
Przyspieszam kroku, już za chwilę zakręt w dróżkę, przy której ta nieszczęsna ambona stoi. A zaraz i szosa - względne bezpieczeństwo. Widać dobrze światła przejeżdżającego auta. Wybawienie niedaleko. Ale jednak. Znaczny kawałek drogi.
I nagle słyszę kaszlnięcie. No ja pierdolę, to dokładnie z kierunku tej ambony! Myśliwy, jak bonie dydy. Nastawiam ucha - cisza. Może to jakieś zwierzę tak kaszlnęło ludzkim głosem? Nasłuchuję dalej, posuwając się z wolna. A gdzie tam! Drugie kaszlnięcie i odgłos rozmowy sprawiają, że natychmiast wracam do reala i czuję wzrost zagrożenia w tempie wykładniczym.
Przykucam.
I co teraz??!! To mogą być ostatnie chwile mojego życia.
Oczami wyobraźni już widzę, jak się tu wykrwawiam po postrzale. Zachciało mi się opuszczania strefy komfortu!
Idę kilka kroków na kucaka. Ale po chwili dociera do mnie idiotyzm tej sytuacji.
Kurwa mać, przecież taka w kuckach to prędzej przypominam jakiegoś zająca, niż człowieka! Wprawdzie ciężko się będzie myśliwym wytłumaczyć z tej pomyłki, ale to mnie nie ocali.
No, dobra, tu chodzi o życie, muszę się poddać! Wstaje i krzyczę w ciemności "Jest tu kto?" Nikt nie odpowiada. Krzyczę jeszcze raz. Wydaje mi się, że do mych uszu docierają jakieś ludzkie dźwięki w odpowiedzi. Ruszam więc bohatersko do przodu. Dobra, najwyżej mnie tu rozstrzelają. Ale przynajmniej ich ostrzegałam!
Zbliżam się do ambony. Słyszę coraz wyraźniejsze glosy. Blikam telefonem.
No siedzi co najmniej dwóch gagatków na górze.
- Dobry wieczór, tak tu sobie siedzicie? - pytam, a głos mi trochę drży, bo nie wiem, jak się zwracać do myśliwych w takiej sytuacji.
- Siedzimy. A pani? Niebezpiecznie tak chodzić wieczorem koło lasu.
- A no trochę niebezpiecznie… Mówili mi o tym, ale musiałam sprawdzić. Zastanawiałam się, czy mnie nie ustrzelicie.
- Nie, nie, nie ma obawy...
„Dobra, dobra” - myślę w duchu, zwłaszcza, że powiedział to tonem, który wcale mnie nie przekonuje.
- Spokojnego wieczoru - dodał.
- I wzajemnie - rzucam. - Ty żartownisiu jeden (ostatnie tylko w myślach).
I idę dalej, z sercem w gardle, myśląc, że następnym razem, jak przyjdzie mi do głowy pomysł „wychodzenia ze strefy komfortu”, to może dobrze by było zaopatrzyć się chociaż kamizelkę odblaskową, co to ich całe pudło trzymamy na festiwal.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz