Początek jesieni to ostatni dzwonek na farbowanie naturalne liśćmi drzew i krzewów. Z każdym dniem tracą one soki, a co za tym idzie - także zdolności barwierskie. Mimo, że to już końcówka września, postanowiłam przeprowadzić barwienie ostatniej szansy i wybrałam do tego celu liście leszczyny.
Leszczyna pospolita (Corylus avellana L.) to powszechnie występujący w Europie krzew, osiągający najczęściej 2 - 5 metrów wysokości. Pędy pokryte są gładką, ciemną korą, która również ma zdolność naturalnego farbowania i daje kolor brunatny (podobno; ja jeszcze nie zdążyłam jej wypróbować). Choć leszczyna (zwana orzeszyną, ale też leską lub liską) nigdy nie imponowała wzrostem i była tylko skromnym podszyciem lasów, to dla naszych przodków stanowiła roślinę o wielkiej użyteczności. Powiadano, że leszczynę stworzył Pan Bóg dla biedaków, bo to i nakarmi człowieka, i ogrzeje, i podeprze, gdy w nogach słaby. Stąd też na przednówku młode pędy leszczyny służyły za pożywienie. Z orzechów (obok ich bezpośredniego spożycia, oczywiście) wyciskano olej, doskonale zastępujący oliwę. Długie i proste pędy, zwane w mojej okolicy "leszczakami", rzeczywiście mogły stanowić mocne i stabilne podparcie. Do dziś wykorzystuje się do palowania pomidorów i tyczkowania fasoli. Dawniej wytwarzano z nich dzierzaki do cepów, wędziska do wędek i kije do maślnicy. Dość popularne było także wykonywanie ogrodzeń z "orzeszyny".
.jpg)