Festiwal Tkactwa Podlaskie Sploty w Białymstoku, o którym pisałam przed wakacjami, to nie tylko doroczne wydarzenie. To cały cykl działań, którego częścią są między innymi warsztaty tkackie. Tkanina wielonicielnicowa, kilim, tkanina dwuosnowowa, tkanina w deski, perebory, sejpak – technik, które można poznać, jest naprawdę sporo. Ze względu na moje działania przy festiwalach byłam niedostępna w innych terminach, więc wybrałam to, co było dla mnie osiągalne. Padło na sejpak.
Sejpak to tradycyjna, wzorzysta tkanina dekoracyjna o charakterystycznym splocie, pochodząca z regionu Podlasia i Suwalszczyzny. Nazwa pochodzi od gwarowego słowa „sejpać”, czyli skubać lub strzępić, co wiąże się z techniką wybierania wzoru za pomocą deseczek.
Warsztaty prowadziła Sabina Knoch, która zajmuje się tkactwem od ponad 30 lat. To tradycja rodzinna. Pani Sabina wykonuje dywany, makatki, sejpaki i tkaniny dwuosnowowe w sposób tradycyjny, na krosnach poziomych, z wykorzystaniem wełny, bawełny i lnu. Jest jedną z niewielu tkaczek wykonujących jeszcze tkaniny o lokalnych wzorach tradycyjnych, a jej prace wyróżniają się bardzo wysokim poziomem technicznym.
Zgłoszenie na warsztaty wysłałam na początku maja i zostałam zakwalifikowana. W ubiegłym tygodniu spakowałam się więc i ruszyłam w podróż.
Poniedziałek
Droga do NiemczynaWysiadam w Białymstoku. Wyjechałam z Radzynia o 6.00, nie było więc czasu na śniadanie. Kanapka z Żabki na ławce. Ledwie ją odpakowuję, a zlatuje się chmara gołębi. Siadają obok mnie na ławce i niemal zaczynają jeść mi z ręki. Na szczęście dzwoni telefon. To Ula z Podlaskiego Instytutu Kultury, z którą mam ruszać w dalszą drogę, do Centrum Rękodzieła Ludowego w Niemczynie. Wybawia mnie z kłopotu, zapraszając na kawę do Instytutu.
Podróż do Niemczyna mija szybko. Przez szybę oglądam malownicze domki.
Na miejscu wita nas Ania, opiekująca się Centrum Rękodzieła Ludowego. To budynek dawnej szkoły, w którym znajduje się obszerna sala, pracownia tkacka, kuchnia, a na piętrze pokoje dla uczestników i prowadzących. Bardzo przypomina mi „nasze” miejsce Stowarzyszenia Folkowisko – Chutor Gorajec, który także mieści się w budynku dawnej szkoły.
Pani Sabina już jest. Poznałyśmy się jeszcze w czerwcu podczas Festiwalu Tkackiego. Witamy się serdecznie. Uczestniczki powoli się zjeżdżają. Poznajemy się, opowiadamy o sobie.
Odrodzenie tradycji tkackich
Oficjalnie warsztaty rozpoczyna Agnieszka Jakubicz z Podlaskiego Instytutu Kultury, organizatora całego przedsięwzięcia. Opowiada o kontynuacji aktywizacji środowiska tkackiego, którą rozpoczęła pani Krystyna Kunicka. O tym, jak wspaniale się to rozwija. Jak kolejne tkaczki otwierają swoje pracownie i prowadzą własne grupy uczniów i uczennic.
Swoją grupę w Suwałkach prowadzi także pani Sabina, która przez najbliższe dni będzie nam zdradzać tajniki powstawania tkaniny sejpakowej. Opowiadając o sobie, wspomina, że kiedy zaczynała swoją tkacką przygodę – w 1977 roku, czyli w roku mojego urodzenia – tkactwo było w pogardzie.
„Wstyd było się przyznać, że mam w domu krosna” – mówi. Dopiero po wejściu Polski do Unii Europejskiej zmieniło się nastawienie ludzi. Zaczęto szukać przejawów dziedzictwa kulturowego. Pani Sabina była zapraszana do pokazywania swojej twórczości. Początkowo robiła to niechętnie. „Nie chciałam, żeby ktoś znajomy wiedział” – wspomina.
Dopiero kiedy zaczęto chwalić wykonane przez nią prace, pojawiły się nagrody, a ludzie zaczęli doceniać jej twórczość, uznała, że to, co robi, jest coś warte.
Muszę przyznać, że to nie jest odosobniony przypadek. Ja też w swojej historii doświadczyłam tego niezrozumienia potrzeby tworzenia rękodzieła. Dwadzieścia lat temu moje otoczenie uważało to za dziwactwo i stratę czasu.
Cóż. Nie poddałam się jednak. I dzięki uporowi jestem teraz w Niemczynie, na warsztatach z Mistrzynią, na które było dziesięć chętnych na jedno miejsce. Poznaję dziedzinę, którą praktykowała moja babka. Z poczuciem, że jest to coś wyjątkowego.
Ciekawe, jak kolejne dni to zweryfikują.
Osnowa
Po obiedzie bierzemy się do roboty. Uważnie słuchamy naszej prowadzącej i wykonujemy kolejne czynności: wybieramy przędzę na osnowę, liczymy nicielnice.
Zaczynamy od osnowy. Jest to podłużny układ nitek w tkaninie, który biegnie prostopadle do wątku. Snujemy ją na snowadłach i ramach do snucia. Prowadzimy nici wokół kołków ramy według określonej sekwencji. Kluczowym elementem jest krzyż. Na początku nitki krzyżuje się naprzemiennie (w kształcie ósemki). Krzyż zapobiega plątaniu się nitek i utrzymuje ich prawidłową kolejność. Po rozpięciu odpowiedniej ilości związujemy zwój, żeby misternie ułożone nici się nie poplątały.
Przewidywana długość mojej osnowy to 150 cm.
Idę założyć ją na krosna.
Krosna
Są duże. Solidne. Mają swoje lata. Przy poruszaniu wału odbiorczego jęczą żałośnie, jakby je coś bolało. Krosna są wykorzystywane przez różne osoby, a każda pracuje trochę inaczej. Trzeba więc dopasować je do swoich potrzeb. Oswoić się. Mimo że wiem, że są tylko przedmiotem – zbiorem bali, kłód i listewek – czuję respekt. Jakiś rodzaj szacunku.
Wał nadawczy
To kluczowy element konstrukcyjny krosna. Nawija się na niego zapas nitki osnowy. Przekładamy przez nią kijek, który przywiązujemy później do wału znajdującego się z tyłu krosna. W miejscu, w którym robiliśmy krzyż, umieszczamy dwie listewki tak, aby nitki krzyżowały się dokładnie pomiędzy nimi. Związujemy listwy na końcach, żeby nie wypadły. Pozostaną tam niemal do końca pracy.
Dopiero teraz możemy rozwiązać nitki zabezpieczające osnowę przed poplątaniem.
Regan
Do ramy krosna mocujemy coś w rodzaju grabi z luźno rozstawionymi zębami. Regan przypomina gigantyczny grzebień. Służy do równomiernego rozłożenia nitek osnowy. Przerzucamy ponad nim drugi koniec osnowy. Rozrzucamy nitki dość luźno. Przekładamy je dalej do przodu, ponad nicielnicami.
Naciąganie osnowy
Te czynności łatwiej wykonać przy pomocy drugiej osoby. Pani Sabina towarzyszy kolejno każdej z nas. Kręci wałem nadawczym, kiedy my trzymamy drugi koniec osnowy i ciągniemy go w swoją stronę, żeby uzyskać odpowiednie naprężenie nici. Nitki prześlizgują się pomiędzy związanymi listwami i nakręcają się ciasno na wał, znajdujący się za nimi.
Dopiero kiedy skrócą się mniej więcej do długości krosna, możemy przeciąć osnowę.
Nicielnice
To drewniane ramy, na których rozpięte są struny, również zwane nicielnicami. Każda nicielnica-struna ma pośrodku mały otwór, przez który przekłada się nitkę osnowy. Nicielnice-ramy są cztery. Podczas podnoszenia jednej z nich następuje jednoczesne opuszczanie drugiej, co tworzy przesmyk tkacki.
Na każdej nicielnicy-ramie jest po 120 nicielnic-strun. Razem 480. Dokładnie tyle nitek ma moja osnowa.
Nitki przetykamy jedna po drugiej. Trzeba zrobić to w odpowiedniej kolejności, żeby uzyskać odpowiedni splot tkaniny. Nitki biegną równolegle, nie mogą się krzyżować.
Przewleczone przez nicielnice nitki grupujemy po cztery przy krawędziach i po sześć w centralnej części. Zawiązujemy je w małe supełki, żeby nie wysunęły się z nicielnic.
Kończę przekładanie nitek po północy.
Wtorek
Rano ogarniam się szybko i schodzę na dół. Dziewczyny już siedzą przy krosnach. Kontynuują rozpoczętą wieczorem robotę.
Dołączam i przetykam nitki przez płochę.
Płocha
Płocha porządkuje nitki osnowy. Ma również formę grzebienia, tylko znacznie gęstszego. Moja ma rozstaw 60 „zębów” na 10 cm. Od gęstości płochy zależy późniejsza gęstość tkaniny.
Płocha umieszczona jest w bidle.
Bidło
To ruchoma część krosna. Służy do dobijania nitek wątku. Każdą nitkę osnowy przeciągam pomiędzy zębami płochy. Praca jest mozolna i wymaga cierpliwości oraz uwagi.
Rozwiązuję supełek mocujący nitki w nicielnicach, który zawiązałam poprzedniego wieczoru. Grupuję nitki po dwie. Przetykam parami przez płochę i ponownie zawiązuję supełek, żeby nitki nie wysunęły się.
Nie wolno mi zgubić żadnej nitki. Nie wolno umieścić w jednej szczelinie więcej niż dwóch.
Wał odbiorczy
Służy do nawijania gotowej, utworzonej już tkaniny. Nici osnowy przywiązuje się pasmami do kijka, który jest połączony sznurkami z wałem. Kręcąc korbą wału, sznurki skracają się i tym samym tkanina przesuwa się, nakręca na wał. A przed nami powstaje przestrzeń do dalszej pracy.
Wiążę pasma po 36 nitek.
Naprężenie musi być jednakowe na całej szerokości. Trudno to uzyskać za jednym zamachem. Zwykle potrzeba poprawić niemal każdy supeł.
Krosno zostało osnute!
Chwila prawdy
Czy wszystkie nitki są właściwie umieszczone w nicielnicach?
Pierwszy etap tkania to wykonanie pasa tkaniny o splocie płóciennym. Po dwóch pierwszych przełożeniach czółna wiem, że coś jest nie tak. Nie wszystkie nitki podnoszą się równo. Coś je blokuje. Szukam błędu. Jest. W dwóch miejscach nitki się krzyżują. To niedopuszczalne.
Sabina mówi: „Napraw to”. Wyciągam więc dwie sąsiadujące nitki z wytkanego przed chwilą płótna. Wyciągam je też z płochy. A potem z nicielnic. Za nicielnicami nadaję im właściwą kolejność i z powrotem umieszczam w nicielnicach. Przetykam przez płochę. Przywiązuję do kijka.
To samo robię w każdym miejscu, w którym nitki zostały umieszczone w nieprawidłowej kolejności. Wracam do tkania płótna, które jest papierkiem lakmusowym właściwie wykonanej roboty.
Diagnozuję kolejny problem.
Dwie nitki osnowy idą obok siebie. Nie powstaje między nimi przeplot charakterystyczny dla splotu płóciennego. Szukam przyczyny. Jest. Okazuje się, że nitka przechodzi przez nicielnicę poniżej otworu. Przez to nie jest podnoszona w momencie podnoszenia nicielnicy-ramy. Odwiązuję nitkę od kijka, wyciągam z płochy, wyjmuję z nicielnicy, umieszczam w otworze i ponownie przetykam przez płochę.
I ponownie wiążę do kijka. W końcu wszystko jest na właściwym miejscu.
Można zacząć tkać.
Wtorek
Tkanie angażuje całe ciało. Absorbuje uwagę.
Technika
Naciskam pedały – pierwszy, trzeci. Wyrównuję nicielnice-ramy, żeby uzyskać duży, regularny ziew, czyli wolną przestrzeń w kształcie klina pomiędzy rozdzielonymi nitkami osnowy.
Przesuwam czółno z jasną nitką wątku od prawej do lewej.
Dociskam nitkę bidłem.
Następnie naciskam pedały drugi i czwarty. Wyrównuję nicielnice-ramy. Przesuwam czółno od lewej do prawej. Dociskam bidłem. Powtórz.
Tak powstaje płótno.
Czas na motyw
Sejpak to połączenie nitek lnianych lub bawełnianych i kolorowej wełny. Wybieram tę w kolorze fuksji.
Po remoncie mam zasłony tego koloru w mojej sypialni, więc planuję umieścić tkaninę właśnie w tym wnętrzu.
Motyw jest tradycyjny. Nie wydaje się trudny, ale też nie jest zbyt łatwy. Ma wyraźny element główny, a po brzegach równomiernie rozmieszczone detale – krzyżyki. Trzeba zachować czujność, żeby powstał wyraźny, symetryczny wzór.
Przystępuję do pracy.
Wciskam pedały. Wyrównuję nicielnice-ramy. Listewką wybieram nitki, pod którymi ma przechodzić kolorowa przędza. Ustawiam listewkę na sztorc, blokując w ten sposób nitki przed opadaniem. Przeciągam czółno w kształcie listewki z nawiniętą kolorową przędzą od prawej do lewej.
Wyciągam listewkę. Dociskam bidłem. Zmiana pedałów. Jasna przędza. Kolejny ruch. Kolejna zmiana. Kolorowa przędza. Bidło.
I od początku.
Te czynności będę powtarzać przez większą część kolejnych dni warsztatów.
Odetkanie
Idzie mi w miarę sprawnie. Może to geny babki-tkaczki. Czasem zdarzają się drobne błędy. Jeśli zauważę je od razu, staram się poprawić. Jeśli później – godzę się z tym, że są.
Poważniejsze błędy trzeba jednak usunąć. Wymaga to „wyprucia” pewnego elementu tkaniny. Tak zwanego „odetkania” (tym określeniem nazywamy odwrotność tkania). Odetkanie jest równie ważne jak tkanie. A czasami nawet ważniejsze. Tak mówią bardziej doświadczone koleżanki.
Odtykania nie mam dużo. Do wieczora mozolnie tkam motyw ze zdjęcia tkaniny wykonanej przez naszą nauczycielkę. Postanawiam jednak wprowadzić modyfikacje. Nie mam jeszcze wprawy w tworzeniu wzoru bezpośrednio na krośnie. Wymaga to rozrysowania schematu na papierze w kratkę.
Postanawiam zabrać się za to kolejnego dnia rano.
Środa
Przy porannej kawie rozrysowuję wzór.
Do obiadu powstaje pierwszy moduł tkaniny. Barwny motyw od dołu i od góry zabezpiecza pas gęsto utkanego płótna.
Aby przejść do kolejnego modułu, wkładam pomiędzy nitki osnowy szeroką listwę, nad którą ponownie tkam pas płótna. Po wyjęciu listwy powstanie przestrzeń z luźno puszczonymi nitkami. Będę mogła je przeciąć i zawiązać w supełki, zabezpieczając tkaninę przed rozpadnięciem się.
Po południu idę na krótki spacer w stronę pobliskiej leśniczówki. Jest upalnie. Mimo to widać wyraźne ślady zbliżającej się jesieni. Po powrocie wybieram motyw i kolor przędzy do kolejnej tkaniny.
Będzie zielona.
Zmaganie
Po południu kontynuuję tkanie zielonej tkaniny „w gwiazdki”. Czuję w ciele bardzo duże zmęczenie. Nie wspominając o ociężałości umysłowej. Może to pierwsze zwiastuny demencji?
Wieczorem, kiedy siedzę nad krosnem, chwilami zawieszam się, bo nie wiem jaki mam zrobić kolejny ruch. Z wysiłkiem przenoszę wzór ze schematu na tkaninę. Coraz uporczywiej powraca myśl o demencji. Bo skupienie uwagi stanowi prawdziwe wyzwanie. Czuję, że zupełnie nie panuję nad wzorem.
W głowie snują się myśli o kobietach, dla których tkanie było koniecznością, a nie jakimś rodzajem hobby. Musiały znaleźć na to czas pomiędzy pracą w gospodarstwie, praniem, ogarnianiem posiłków i opieką nad dziećmi. Wykorzystywały na to każdą wolną chwilę. Zastanawiam się, czy tkanie sprawiało im przyjemność.
Mi chyba w tym momencie nie.
Postanawiam więc udać się spać przed północą.
Czwartek
Pogoda się zmieniła. Zrobiło się chłodno i deszczowo, a mnie dopadł uporczywy ból głowy. Mimo to wieczorna chandra zniknęła bez śladu. Poranek spędzam aktywnie.
Kończę tkaninę „w gwiazdki” i wybieram kolejny motyw do wytkania w nowym kolorze. Zastanawiam się nad ochrą – moją ulubioną, którą widzicie w logo mojej pracowni. Mam jednak wrażenie, że wzór w tym kolorze będzie mniej wyrazisty. Wybieram więc przędzę w kolorze bordowym.
Z radością stwierdzam, że wróciła werwa i wprawa. Nie muszę zbyt często spoglądać na kartkę z motywem, bo wzór układa mi się w głowie. Z układu wytkanych nitek jestem w stanie odczytać kolejne linie wzoru. Tkaniny szybko więc przybywa.
Za to osnowa wyraźnie się skraca.
Chcę wytkać motyw do końca. I zaczynam obawiać się, czy wystarczy mi miejsca na dokończenie wzoru. Helena, która uczy tkaniny dwuosnowowej i jest naszym wsparciem merytorycznym, pomaga przełożyć bloczki z nicielnicami bliżej bidła. Sugeruje też, żeby wyciągnąć listwy stabilizujące osnowę i w ten sposób zyskać jeszcze trochę wolnej osnowy. Dzięki temu udaje mi się zmieścić cały motyw.
Zdejmuję tkaninę w asyście moich towarzyszek i w ogólnej radości.
Pani Sabina, która trochę się przy nas nudzi z uwagi na to, że każdej sprawnie idzie, proponuje, że chętnie przygotuje mi nową. Mam obawy, czy będę w stanie wytkać choć połowę. Ale przede mną jeszcze półtora dnia w Niemczynie.
Poza tym to chyba doskonała okazja, żeby lepiej utrwalić sobie proces osnuwania krosna. Podejmuję więc wyzwanie. Wieczorem cała zabawa z nicielnicami, płochą i supełkami zaczyna się na nowo.
Kończę przetykać nitki przez nicielnice o 2.00 w nocy.
Piątek
Ból głowy nie ustępuje. Szczerze mówiąc, nie przewidziałam tego. Moje zapasy leków przeciwbólowych skończyły się poprzedniego dnia. W miejscowości nie ma sklepu ani apteki. Jest sklep objazdowy. Słyszymy codziennie charakterystyczny klakson, gdy mija Centrum Rękodzieła Ludowego. Ale środków przeciwbólowych nie dowozi.
Sępię więc tabletki od towarzyszących mi dziewczyn. Trochę pomaga. Ale z migreną, jeśli ktoś jej doświadcza, ten wie – nie ma leków, które całkowicie usuwają ból.
Mobilizuję się jednak do działania. Przetykanie osnowy przez płochę. Ponowny sprawdzian, czyli tkanie płótna. Diagnozuję: dwie skrzyżowane nitki, jedna poza nicielnicą. Naprawiam.
Ale jest jeszcze coś. Trzy nitki pośrodku osnowy zostały włożone do nicielnic nie na tej ramie, co trzeba. Muszę je wyjąć i włożyć do nicielnic na odpowiedniej ramie. Oczywiście tych nicielnic tam nie ma. Trzeba je własnoręcznie przygotować. Wiążę kawałki nitek, zostawiając mały otwór pośrodku. Przywiązuję je do ramy. Sprawdzam.
Działa.
Gdy wszystko jest prawidłowo umieszczone, zaczynam tkanie. Trochę już czuję presję czasu. Zostało około 24 godzin do końca warsztatów. Oczywiście nikt tu nikomu niczego nie nakazuje, do niczego nie zmusza. Po prostu czuję wewnętrzny przymus. Wybieram wzór i decyduję się go wytkać moją ulubioną ochrą.
Kolejny, czwarty moduł tkaniny.
Powrót formy
Tkanina powstaje sprawnie. Czuję się już bardzo pewnie. Zbyt pewnie.
Dostrzegam dość poważny błąd w odwzorowaniu wzoru. Jestem już jednak mocno oddalona od tego miejsca. „Odetkanie” zajęłoby mi bardzo dużo czasu. Którego nie mam zbyt wiele. Postanawiam więc zmodyfikować resztę wzoru i stworzyć coś na bazie tego, co już jest.
Moje towarzyszki też już czują presję czasu. Pracujemy w pośpiechu.
I myślę sobie, że jest nieźle.
Mimo że jest późno. Mimo zmęczenia. Jestem w stanie wykonywać pracę, która wymaga dużej uwagi i czujności, bez większego trudu. To chyba najlepszy dowód na to, że demencja jeszcze nie czai się za rogiem. Dzień kończymy o 2.00.
Ale jakoś nie mogę zasnąć. Myślę już o nadchodzącym tygodniu, zaległościach, które zrobiły mi się w pracy. W Niemczynie człowiek jest trochę jak w innym świecie. A ja czuję, że już trzeba wracać do rzeczywistości.
Usypiam nad ranem.
Sobota
Budzę się znacznie później niż powinnam, nieco oszołomiona. Może za sprawą wypitego wieczorem przy kolacji wina. Krzątam się po pokoju, szykuję się i jednocześnie pakuję. Po południu wyjeżdżamy z Niemczyna.
Schodzę do pracowni. Wszystkie dziewczyny z zapałem tkają. Nie czuję już dużej presji, bo mam przecież jedną ukończoną tkaninę. Niemniej chciałabym zrobić tak dużo, jak się da.
Trudno mi się jednak skupić. Myślami jestem już poza Niemczynem.
Pani Sabina zabawia nas pieśniami, które wykonuje ze swoim zespołem Modry Len. Trochę rozmawiamy o muzyce ludowej. Lubię brzmienie podlaskich pieśni, które poznałam podczas różnych warsztatów. Żałuję, że nie pamiętam słów, bo zwykle śpiewam z kartki. Nie mogę więc podzielić się pieśnią z Lubelszczyzny.
Przed południem dołącza do nas ekipa z Podlaskiego Instytutu Kultury. Robi się gwarno. Energicznie. Moje towarzyszki jedna po drugiej ściągają swoje tkaniny z krosien. Każde zdjęcie tkaniny przyjmowane jest gromkimi oklaskami i upamiętniane na filmie.
Tradycją jest zbiorowe zdjęcie na balkonie z wywieszonymi tkaninami.
📸 O. Stępień | PIK
Wręczenie dyplomów. Pożegnalna kawa. Uściski. I wyjeżdżamy z malowniczego Niemczyna.
Krosna zostają w ciszy.
Czekają na kolejne tkaczki.
Po drodze
W pociągu myślę o wydarzeniach całego tygodnia. Przeglądam archiwum zdjęć w telefonie. Planuję, czym zajmę się po powrocie. Na drugiej czy trzeciej stacji wsiadają ludzie i zajmują miejsce nieopodal mnie. Rozmawiają głośno.
I wyraźnie słyszę, że zaczynają rozprawiać o tkaniu i krosnach. Przypadek?
Nie sądzę. Niebawem wszyscy będą gadać tylko o tym.
Epilog
To był mega intensywny czas. Ale tak inaczej. Wokół mnie nie działo się przecież nic spektakularnego. Za to wewnętrznie - w Niemczynie poczułam, że jestem innym człowiekiem. Wiem, co jest dla mnie ważne. Znam swoje możliwości. Zyskałam świadomość, jak łatwo mogę przyswajać wiedzę. Jak potrafię działać pomimo niesprzyjających okoliczności. W dyskomforcie. Nie poddając się.
Zobaczyłam, jak piękne są tego efekty!
I nie chodzi mi wyłącznie o tkaniny.
Bo tkanie jest pretekstem.
Do szukania prawdy o sobie i świecie.
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz