19 września 2025

Jesień. Sezon na śliwki i kasztany

Śliwkami opycham się bez opamiętania. O tej porze roku są najlepsze. Nasycone słońcem. Ostatnio zastępują mi posiłki, kiedy brakuje czasu. Biorę garść w rękę i zajadam po drodze. Tak jak w ostatni piątek, kiedy wybyłam z domu o 5.00, żeby zdążyć na pociąg do Warszawy. Potrzebowałam wstać mniej więcej o 3.00, żeby się jakoś mentalnie przygotować do tego wyjazdu.
Żyję dość intensywnie, to fakt, ale te swoje poranne dwie godziny samotności staram się celebrować bez względu na okoliczności. Wiem, że ciężko, jednak moje zdrowie psychiczne tego potrzebuje.

Myli się ten, kto spodziewa się, że ten czas daje komfort pełnego przygotowania się do wyjścia. Wygląda to mniej więcej tak: 85% czasu poświęcam na zbudowanie fundamentu duchowego na cały dzień, czego podstawą jest oczywiście kawa. Pozostałe 15% musi wystarczyć na jako takie ogarnięcie fizyczne: kwestie toaletowe, ubieranie się, pakowanie & co. Czasem nie wystarcza. Wtedy jem po drodze, zęby myję w pracy, a mniej istotne czynności po prostu pomijam.
Tak, wiem. Paskudne nawyki. Nie bierzcie ze mnie przykładu.

Wychodząc, rzuciłam jeszcze kontrolne spojrzenie na uśpiony dom i dostrzegłam siateczkę ze śliwkami, którą gęsto obsiadły już meszki. Odgoniłam je i zaczerpnęłam garść ze środka. Zeżarłam wszystkie, zanim dotarłam na stację.
Idąc przez Groblę Paradną w Radzyniu, czułam, jak depczę kasztany. Pomyślałam, że trochę mi szkoda tego braku czasu na zachwyt drobnymi rzeczami. Lubię kasztany. Szczególnie takie świeże i lśniące. Niestety było jeszcze ciemno i zupełnie nie pora na zbieranie kasztanów.
W pociągu jednak żałowałam, że nie zgarnęłam sobie jakiegoś do kieszeni. Tak dla zakotwiczenia emocjonalnego.

Trochę drzemałam, opierając głowę o szybę. W miarę gładko dostałam się na Dworzec Wschodni, a tam już tradycyjnie: druga kawka, coś słodkiego na podkręcenie energii, makijaż w dworcowej toalecie i można ruszać!

Spacerkiem, ale takim w moim stylu, poszłam na Osiedle Jazdów, gdzie w Domku Nauki i Kultury czekały mnie warsztaty poświęcone technikom outdoorowym. Taki uzupełniający kursik dla uczestników Szkoły Trenerów.

Tu mała dygresja.
Kilka dni wcześniej dostałam potwierdzenie udziału w warsztatach z sugestią, żeby wykupić sobie NNW. Pomyślałam: chyba kogoś gniecie! Co może się wydarzyć podczas zajęć dla dorosłych na dworze? Czy też, jak kto woli, na polu? No cóż.
Jedno z pierwszych ćwiczeń polegało na skakaniu przez skakankę. W sensie linę. Ustawieni byliśmy w rzędzie: cztery osoby przeskakiwały przez linę, a dwie nią kręciły. Ja byłam w grupie skaczących i przy jednym z podskoków zderzyłam się z osobą przede mną tak niefortunnie, że oprawka okularów skaleczyła mnie w nos. Krew się lała. Nie jakoś mocno i nie jakoś długo, ale miejsce uderzenia bolało mnie jeszcze przez kilka kolejnych dni.
Zatem jeśli Wam kiedyś ktoś zasugeruje wykupienie NNW, nie bierzcie ze mnie przykładu. Podejdźcie do tego z rozsądkiem.

Pozostałe ćwiczenia outdoorowe, choć intensywne, przeszłam już bez większych uszkodzeń. Był nawet park linowy. Chodziliśmy po linie, czasem z zawiązanymi oczami. Generalnie zabawa była świetna. I bardzo dużo pokazywała o ludziach w zespole. Już podczas zajęć zaczęłam się zastanawiać, jak wykorzystać potencjał takich, mniej lub bardziej zabawowych, ćwiczeń w przyszłej pracy trenera.

Nie sposób nie wspomnieć o obiedzie. Przygotowała go spółdzielnia socjalna z wszelkich darów jesieni. Były bakłażany, buraczki, kiszone gruszki, drożdżowy placek ze szczypiorem... Rozpusta! Śliwek również nie brakowało. Napchałam ich sobie nawet do kieszeni, żeby zajadać po drodze na Targówek, gdzie moje córki zarezerwowały mi miejsce w hostelu.

Jeszcze nigdy nie nocowałam w hostelu, więc miałam pewne obawy, które mieszały się z ekscytacją. Hostel zresztą nie dał się znaleźć od razu. Dopiero po dłuższej chwili i obejściu budynku dwa razy skumałam, że wchodzi się przez kebab. A właściwie przez ogródek baru, który jest z hostelem połączony. Turecka muzyka grająca w tym ogródku prześladowała mnie później przez pół nocy. Właściciel, miły Turek albo Hindus, zaprowadził mnie do pokoju.
Na oko spoko. Pokój wieloosobowy, łóżka piętrowe, częściowo zajęte. W środku nocy wjechała jeszcze jakaś dostawka. Toaleta i łazienka na korytarzu. Dostęp do kuchni, ale tam akurat nie miałam potrzeby zaglądać, bo byłam obżarta tym jedzeniem z Jazdowa.
Nocą ktoś wchodził, wychodził, wprowadzał się albo wyprowadzał. Właściciel upewniał się, czy są oczekiwane osoby. Słowem – ruch jak na dworcu. Mimo to było na tyle spokojnie, że udało mi się wyspać.

Rano ruszyłam na zajęcia Szkoły Trenerów.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Po dwóch dniach intensywnych zajęć pozostaje jeszcze tylko wrócić pociągiem z Warszawy i można trochę pomieszkać w domu! Pociąg przybył o czasie, ale już na pierwszej stacji za Warszawą miał 15 minut opóźnienia.
To zawsze trochę stresuje, bo od początku roku mamy w Radzyniu „podmiejski na stację”. Taki, który trochę przed czasem przyjeżdża i trochę przed czasem odjeżdża. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy będzie czekał na stacji, jeśli pociąg mocno się opóźni. Bo nocny spacerek w terenie niezabudowanym nie był w tym momencie czymś, na co miałam jakąkolwiek ochotę. „Nawet nie mam kamizelki odblaskowej”. Znów stanęło mi przed oczami pudło pełne kamizelek, które trzymamy w Gorajcu na Festiwal.
Ale póki co siedzę i czytam sobie, starając się nie martwić nadmiernie zawczasu. Obok mnie, na siedzeniu od okna, bardzo młody człowiek. Zaczytany tak samo jak ja. Taka wspólnota działań zawsze poprawia mi samopoczucie. Bo skoro w jednym mamy podobnie, to może i w czymś innym też. A dwie wspólne sprawy, które jakoś nas łączą, to już prawie jak swoi.
Kolejna stacja. 20 minut opóźnienia. Szału nie ma. Autobus planowo powinien odjechać 15 minut po planowym przyjeździe pociągu. Ale odjeżdża szybciej, bo po co czekać, jak wszyscy już są? Ale w tym przypadku chyba poczeka, no nie?

Z rozważań wyrywa mnie dopiero jakiś przedmiot, który pada w szczelinę między siedzeniami, na których siedzimy z nieznajomym towarzyszem podróży. Co to? Słuchawka może. Światło w pociągu jest kiepskie, a mój wzrok o zmroku znacznie zawodzi. Pewnie nic istotnego. Jednak skutecznie absorbuje moją uwagę.
Dopiero po chwili orientuję się, że to... kasztan. Najprawdziwszy kasztan upadł w pociągu!

Może to dziwne, ale świadomość, że ten kasztan wziął się tu zupełnie znienacka i po prostu sobie leży, poprawiła mi samopoczucie. Jadę dalej, już nie stresując się zbytnio sytuacją, jaką zastanę po wyjściu z pociągu. Generalnie sporo osób z Radzynia jeździ tą trasą i zapewne bez problemu uda mi się kogoś zagadnąć o podwózkę.

Zbliżamy się do Łukowa. To ostatnia stacja przed tą, na której wysiadam. 30 kilometrów od domu. Jadąc autem. W linii prostej pewnie jeszcze mniej. Mój nieznajomy współtowarzysz zamyka książkę, chowa ją do plecaka i zbiera się do wyjścia.
Spoglądam ukradkiem na kasztana. Wiem, że kiedy mój towarzysz wysiądzie, wezmę go do ręki.

Wstaję, żeby przepuścić chłopaka, który już podniósł się z siedzenia. Zabieram swój plecak z przejścia.
– Dziękuję – mówi z uśmiechem. – O, jeszcze mój kasztan.

Towarzysz schyla się i sięga ręką w szparę między siedzeniami.

W sekundę czuję coś w rodzaju niepokoju. Jak to „mój”?! I zaczynam się zastanawiać, jak to się stało, że tak szybko zdążyłam się przywiązać do tego bezwartościowego przedmiotu, że rozstanie z nim, które właśnie następuje, sprawia mi przykrość.

– A... czy mogę go na wziąć pamiątkę? – pytam bez zastanowienia.

– Jasne – odpowiada z uśmiechem i podaje mi kasztan, a ja chowam go do kieszeni.

– Miłego czytania – dorzuca.

– Dziękuję.

Siadam z poczuciem radości i spokoju. Z głośnika konduktor informuje o konieczności zmiany lokomotywy, która spowoduje opóźnienie pociągu o dalsze 40 minut. A na mnie nie robi to już żadnego wrażenia. Mam książkę do czytania. Mam plan, co robić, jeśli autobusu na stacji jednak nie będzie.
I mam kasztana w kieszeni. Tego najważniejszego kasztana tej jesieni. Który będzie mi przypominał tę historię i dawał emocjonalne wsparcie.

Bo...

Niby naukowo tego nie udowodniono, ale kasztany mogą przynosić szczęście, chronić przed złą energią i poprawiać samopoczucie.

Macie już swojego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz